Dziś wybraliśmy się na mosty Isfahanu. Spotkaliśmy po drodzę jednego Irańćzyka, który był bardzo nas ciekaw, mówił pięknie po angielsku więc spędziliśmy z nim całe przedpołudnie. Był bardzo miły, chciał się dowiedzieć dużo o Polsce o tym jak jest na świecie, że moze zjedlisbyśmy razem śniadanie. Opowiadał jak cięzko w Iranie się żyje, więc zapłaciliśmy za wspólne śniadanie. Ale bardzo chciał pokazać innym Irańczykom, że to on nas zaprosił na śniadanie więc zapłacił naszymi pieniędzmi w kasie. Trochę to śmieszne... miejscami trochę niesmaczne, bo miałam wrażenie , że właściwie tylko po to spędza z nami czas. Po śniadaniu chciał nas jeszcze oprowadzać, ale mu podziękowaliśmy bo nasza córka była nim trochę zmęczona. Nie da się ukryć, że zbyt długo takie towarzystwo męczy, zwłaszcza , że chyba nie rozumiał znaków, które mu wysyłaliśmy, że czas się rozstać, aż powiedzieliśmy mu wprost, by się nie obraził, ale nasza córka nic nie rozumie z naszych rozmów i chciałaby z nami jednak spędzić ten czas. Nie obraził się, grzecznie przeprosił na odchodne rzucjając, że może umówimy się na piknik... ale podejrzwam, że to tylko Taroof, więc jakoś nie mieliśmy ochoty. Później znów ruszyliśmy na główny plac, szwędając się po okolicach. Tak spędziliśmy kolejny dzień.